GORI – iście Gruzińska atmosfera, piękne pejzaże i Twierdza

G

Cześć moi Drodzy!

Mój ostatni zagraniczny wyjazd w 2025 roku, był nie tylko zwykłym wypadem, ale powrotem do kraju, który naładował mnie mocą przygód, świetnymi smakami i energią płynącą z gór Kaukazu.

To były co prawda tylko trzy dni, niemniej tak PIĘKNE, INTENSYWNE i BARWNE, że czuje się spełniony. Po 6,5 roku wróciłem do Gruzji!

Gruzja to piękny i szalony kraj, żyjący własnym tempem, więc szybko się okazało, że założony przed wyjazdem plan działania, owszem zrealizujemy, ale z małymi perturbacjami. Właśnie za to kocham to miejsce.

Z racji stosunkowo krótkiego pobytu, ograniczyliśmy się do miast, odkrywając uroki Kutaisi, Gori i Tbilisi. Kutaisi i Tbilisi odwiedziłem już w 2019 roku, starałem się więc niejako ujrzeć je na nowo. Natomiast Gori widziałem po raz pierwszy i bardzo się z tego faktu cieszę.

W cyklu artykułów przeprowadzę Was przez każde z owych miast, pokażę jak wyglądają, co ciekawego kryją, zdradzę naszą trasę zwiedzania i miejscówki, w których dobrze zjecie. Pozostałe macie poniżej:

Zapraszam serdecznie do lektury!


Początek drugiego dnia w Gruzji – Kutausi

Drugi dzień w Gruzji, a zatem środę 22 października, rozpoczęliśmy w Kutaisi, z którego artykuł wkładam Wam TUTAJ. Już dawno nie spałem tak dobrze i nie obudziłem się z taką ilością energii. Przed 10:00 gospodyni zawołała nas na śniadanie, a dostaliśmy pyszną zupkę z kurczakiem, placek z mięsem i serem, chleb i biały ser, sałatkę z pomidorów i ogórków oraz herbatkę. Spakowaliśmy bagaż, opłaciliśmy pobyt i ruszyliśmy przed siebie.

Czekał nas dzień pełen przeżyć, w planie było dostać się do Gori (choć nie ma bezpośredniej marszrutki z Kutaisi do Gori) i wieczorem do Tbilisi, gdyż tam czekał na nas kolejny nocleg. Ekscytacje wywoływało we mnie zwiedzanie Gori – miasta, o którym sporo czytałem/słyszałem, ale chciałem zobaczyć na własne oczy. Ten dzień to pod kątem wydarzeń była taka Gruzja w pigułce. A zatem, miłej lektury!

Idziemy na marszrutkę!

Obok starych komunistycznych bloków, dzikich bazarków z odzieżą pozawieszaną na wiacie przystankowej, śpiących wszędzie pieskach, licznych sklepikach i kantorach, sunąc ulicą Ilia Chavchavadze, dotarliśmy na wysokość McDonalda. Dla tych, którzy nie wiedzą, to właśnie z tego miejsca w Kutaisi odjeżdżają w różnych kierunkach marszrutki (niewielkie busiki). Niemniej nie mają one zazwyczaj rozkładu, a godzina wyjazdu zależy od zapełnienia pojazdu. Wiedziałem, że musimy znaleźć marszrutkę do Tbilisi i powiedzieć kierowcy, że chcemy wysiąść na wysokości Gori. Właśnie tak uczyniliśmy, zapłaciliśmy (20 lari od osoby) i wsiedliśmy do środka.

Oczekując na odjazd

Oczekiwanie na odjazd to świetny czas na obserwacje ludzi. Kierowca krzyczący “Tbilisi, Tbibilisi”, inny Pan w kaszkiecie z papierosem i dość posępną miną informujący, że dane miejsce jest zajęte, mnóstwo przechodniów. Zauważyliśmy, że ludzie chodzą ubrani w dużej mierze na czarno, szczególnie starsi, ale młodzi również. Dopiero w Tbilisi panuje większa różnorodność jeśli idzie o styl ubierania się. Nie czekaliśmy zbyt długo i po około 35 minutach, odjechaliśmy do Gori.

Droga do Gori

Śmigaliśmy najpierw przez miasto, a później już trasą szybkiego ruchu, z widokiem na pola, stojące przy drodze krowy, ledwie trzymające się domy, niższe górki i całkiem potężne ośnieżone góry. Zaglądaliśmy na mapę gdzie się znajdujemy, lecz nie mieliśmy pojęcia, w którym miejscu kierowca nas wypuści. Zrobił to nagle, na pasie ruchu! Wyszliśmy, przeszliśmy za barierki (jest tam jak gdyby specjalnie przygotowane przejście), zeszliśmy do pobliskiej ulicy i z tego miejsca czekał nas spacerek (3,6 km) do samego miasta.

Taksówkarze o dziwo nie atakowali nas i nie proponowali podwózki (a stali przy zejściu z autostrady), mogliśmy poczekać na autobus, ale na spokojnie doszliśmy do centrum Gori na nogach. Po drodze bardzo dużo sklepów z maszynami ogrodniczymi/rolniczymi, osiedla, sklepy spożywcze, dworzec autobusowy, a czym bliżej centrum miasta, tym gęstsza zabudowa i więcej ludzi. Zwróciliśmy uwagę, że niepełnosprawni bądź nawet matka z dzieckiem w wózku, nie mają tutaj łatwego życia. Bardzo wysokie krawężniki, zaparkowane auta, wejścia do sklepów, często nie ma jak przejechać. Za niską zabudową i przyuliczną zielenią coraz lepiej widoczna była ulokowana na wzgórzu Twierdza i położone jeszcze dalej górki.

Gori – krótka charakterystyka miasta

Idąc od północy Gori wita turystów wyniosłym wzgórzem zwieńczonym murami słynnej Twierdzy. To od niej pochodzi nazwa miasta “Goris Ciche” czyli “twierdza na górze”. A ta istniała tutaj już między III a II wiekiem p.n.e.! To dzięki twierdzy zapewniającej bezpieczeństwo, król Dawid Budowniczy nakazał w XII wieku wybudować u jej podnóża miasto. Gori znajduje się we wschodniej Gruzji i jest stolicą regionu Wewnętrzna Kartlia. Położone u ujścia rzeki Liachwi do rzeki Mtkwari w otoczeniu wzgórz i widocznych w oddali wysokich gór, zajmuje 16,9 km2 i zamieszkane jest przez około 48 tysięcy osób. Gori ma długą historię, lecz ważne wydarzenia nie ograniczają się do czasów dawno minionych. Miasto w 2008 roku, a więc całkiem niedawno, musiało odpierać atak lotnictwa rosyjskiego, które bombardowało je w ramach wojny osetyjskiej. Miasto jest jednak znane z faktu, iż to właśnie tutaj w 1878 roku urodził się Józef Stalin, a raczej Iosif Wissarionowicz Dżugaszwil. Wspominam o tym na końcu, gdyż tak chciałbym przedstawić Gori – pokazać przede wszystkim miejsca poza tym, z czym, a raczej z kim jest kojarzone. Trochę je odczarować i dać szansę zapoznania z ulicami, widokami, budynkami, ciekawostkami. Zapraszam ze mną na zwiedzanie Gori!

Początek spaceru po Gori – świątynie, wzgórze, miasto

Zdecydowaliśmy się na kilka chwil odpoczynku przy pomniku, o którym niestety nie znalazłem informacji, z widokiem na pędzące auta (niektóre bez zderzaków), budynki i góry na dalszym planie. Za plecami wysokie na kilkadziesiąt metrów wzgórze ze stojącą tam Twierdzą i dumnie łopoczącą flagą kraju. Zaczyna się pięknie.

W krajobrazie architektonicznym Gori świątynie raczej nie są w ofensywie, co nie znaczy, że wartych uwagi obiektów sakralnych nie ma tutaj wcale. Podeszliśmy kilka kroków i ujrzeliśmy Katedre Narodzenia Najświętszej Marii Panny z początku XIX wieku z wyróżniającą się dzwonnicą i kopułą. Po drugiej stronie ulicy, bliżej Twierdzy, pośród zieleni, kryje się Kościół Świętych Archaniołów – bardziej kameralna świątynia, o typowej dla tej części świata architekturze.

Śliczne miejsce! Pomnik Gruzińskich Bohaterów Wojennych

Dość szybko zamieniliśmy głośną ulicę Akaki Tsereteli na przemiły zielony zakątek. Weszliśmy bowiem niepozorną drogą do Pomnika Gruzińskich Bohaterów Wojennych. Zarówno monument jak i okolica są doprawdy ŚLICZNE! Pomnik składa się z ośmiu siędzących w kręgu stalowych wojowników. Świetnie koresponduje ze stojącą tuż obok Twierdzą, a ponadto właśnie z tego miejsca można dojrzeć łagodne zielone wzgórza i z drugiej strony ośnieżone skaliste góry.

Co ciekawe, pomnik autorstwa gruzińskiego rzeźbiarza Giorgi Ochiauri, dopiero od 2009 roku zadomowił się w Gori, gdyż wcześniej był częścią Parku Vake w Tbilisi.

Wchodząc pod Twierdzę, przyglądaliśmy się krajobrazom

Na spokojnie przesuwaliśmy się w kierunku głównej alejki wiodącej na wzgórze, przyglądając się temu, co widać dookoła. Wieżyczka Kościoła Świętych Archaniołów zwieńczona krzyżem i surowy krajobraz gór, okazałe mury Twierdzy, widoczna miejska zabudowa. Wejście na górę nie jest specjalnie trudne, nie jest również biletowane, więc dostępne dla niemal każdego.

Twierdza Goris Ciche – historia, pejzaże

Forteca najprawdopodobniej istniała tutaj już przed Chrystusem, na przestrzeni wieków budowano kolejne jej wcielenia, zaś to co możemy oglądać obecnie, pochodzi z XVIII wieku. Do góry wchodzi się wygodną alejką, dopiero pod koniec trzeba pokonać trochę wysokich schodów. Największym atutem Twierdzy Goris Ciche są widoki!

Z rozległej polanki ograniczonej murami Twierdzy można obejrzeć miasto oraz jego okolice. Wijąca się rzeka Liachwi, stojące obok siebie domy i górzyste, surowe tło, z drugiej strony dzika rzeka Mtkwari z bujnie zielonymi brzegami, a jeszcze dalej centrum Gori i wyniosłe wzgórze. Zupełnie za darmo dostępna jest luneta z bardzo mocnym zoomem i polecam Wam popatrzeć przez owo urządzenie na okoliczne góry. Białe od śniegu wysokie góry prezentują się NIESAMOWICIE i majestatycznie.

Po ten klimat przyjeżdża się do Gruzji ♥️

Zeszliśmy w dół, minęliśmy maleńki kamienny kościółek i zatonęliśmy w uliczkach starego Gori. Ulokowana bezpośrednio pod wzgórzem i Twierdzą część miasta oferuje klimat, po jaki przyjeżdża się do Gruzji. W dużej mierze skromne i niskie zabudowania, splecione nad ulicami kable, uliczki zamknięte widokiem Twierdzy, uliczny bazar oraz liczne sklepiki, świadczą o atmosferze i kolorycie tego miejsca.

Najładniejsze uliczki w Gori

Widać również pozytywne zmiany, ponieważ kilka ulic zostało wyremontowanych, podobnie jak okoliczna zabudowa. Spodobała mi się uliczka Lerushalaimi z perspektywą na kościół oraz ulica Akaki Tsereteli przy której stoi kilka bardzo ładnych i zadbanych ceglanych budynków z przepięknymi metalowymi balustradami balkonów. Doprawdy miejsce godne odwiedzin. Dodając do tego górującą nad wszystkim fortecę i gruzińskie flagi, mamy miłą dla oka całość.

Postradziecka odsłona miasta

Gori to miasto, w którym miejscami czas się zatrzymał. Kiedy przecięliśmy Park Nikoloz Baratashvili i trafiliśmy pod Teatr Dramatyczny George Eristavi, poczuliśmy to najmocniej. Budynek teatru z 1939 roku pod kątem architektury jest warty uwagi, niemniej wygląda na opuszczony i zapomniany, podobnie jak jego otoczenie. Teatr, skwer, fontanna, wszystko prezentuje się tak, jak gdyby czas się tutaj zatrzymał. Taka postradziecka odsłona Gori.

Różnorodność architektoniczna ulicy Shota Rustaveli

W dalszą drogę wybraliśmy się ulicą Shota Rustaveli. Różnorodność architektoniczna i stylistyczna zabudowy plus zielone wzniesienia w tle zdradzają, w jakiej części świata jesteśmy. Stare, parterowe, ceglane domki, stoją obok nowoczesnego biurowca i komunistycznego bloku, a na dodatek mamy XVII-XVIII wieczną łaźnię króla Erekle II.

Nieco inne standardy, niż te, do których przywykliśmy

Nie dziwią też biegnące wzdłuż ulicy betonowe kanały na deszczówkę, w niektórych miejscach są nakryte i zabezpieczone kratkami, ale w większości odsłonięte. Dodam, że takie kanały to mniej więcej 50 cm głębokości i 50 cm szerokości, więc jeśli ktoś szedłby tutaj nocą i nie zdawałby sobie sprawy, że obok jest dziura, mógłby złamać nogę.

Miałem też refleksje, że świetnie jest móc pozwiedzać Gori, cudownie jest popatrzeć na mieszkańców, ale nie wyobrażam sobie żyć w tym miejscu. Na samym końcu ulicy zobaczyliśmy blok mieszkalny, wyglądający dużo gorzej, niż najbardziej zaniedbane kamienice w starych dzielnicach polskich miast. Wyobraziłem sobie codzienne powroty do domu i aż mnie ciarki przeszły. Z drugiej strony wiem, że to tylko i wyłącznie moje odczucia, gdyż znam nieco inne standardy, natomiast ktoś kto się w Gori urodził i żyje w takim bloku od początku, może wieść spełnione życie.

Pejzaż nad rzeką Mtkwari

Minęliśmy ów blok i wyszliśmy nad rzekę Mtkwari, nad którą roztaczają się wspaniałe naturalne krajobrazy. Znamienne dla gruzińskich miast jest to, iż nad rzeką rozciąga się taki pejzaż, jak daleko za miastem. Dzika rzeka, wyspa, po drugiej stronie przepięknie układające się wzniesienia. Tylko mosty i przejeżdżające nimi auta przypominają, że jesteśmy tuż obok centrum miasta. Zdradzę, że widok z jednego z nich jest już totalnie “czysty” i można się poczuć jak w dzikiej Gruzji.

Dworzec Kolejowy i okolica

Postanowiliśmy dostać się do Dworca Kolejowego, aby sprawdzić czy tamtejszy rozkład pokrywa się z tym, co można odczytać z googlemaps. Zobaczyliśmy perony, ani żywej duszy, jedynie biegające bezpańskie psy i dłuuuuugie składy pociągów towarowych. Budynek dworca wygląda na historyczny, być może zbudowany niedługo po drugiej wojnie światowej. Weszliśmy do środka i nikogo nie zastaliśmy. Rozkład jazdy na kartce w języku gruzińskim niewiele nam zdradził, a w okienku z biletami akurat była przerwa. I nic dziwnego, w ciągu dnia więcej tam przerw niż pracy. Najprawdopodobniej mapy google nie kłamały i do końca dnia miały odjechać jedynie dwa pociągi, w tym jeden do Tbilisi, choć dla nas za późno.

Niewątpliwie ciekawym doświadczeniem dla kogoś, kto po raz pierwszy odwiedza Gruzję, musi być wyjście przed dworzec w Gori. Parterowa zabudowa z szyldami i napisami w dość “dziwnym” alfabecie, zapomniana wiata przystankowa, jakieś stare auto na taksówce, bezpańskie psy i miejscowi. Jednocześnie mnie taki klimat pasuje i uwielbiam zwiedzać tego typu miejsca. Rok później odwiedziłem Armenię – kraj sąsiadujący z Gruzją. Relacja z tej wyprawy za kilka miesięcy.

Pełen natury, dziki pejzaż

Wróciliśmy na wspomniany most nad rzeką, skąd cyknąłem poniższą fotkę. Pełen natury, dziki pejzaż, nie przypomina miejskiego krajobrazu, a jednak można go ujrzeć w zasadzie w centrum Gori.

Sekwencja miejsc, którym patronuje Stalin

Zaczęliśmy wędrówkę miejscami, którym patronuje (nie)sławny mieszkaniec miasta – Józef Stalin. Mamy więc ulicę Stalina, Plac Stalina, Park Stalina i Muzeum Stalina. Tak się składa, że to jedna z ważniejszych przestrzeni w Gori.

Ulica i Plac Stalina

Zabudowa ulicy Stalina jest niespecjalnie ciekawa, niemniej świetnie wyglądają szpalery drzew ciągnące się wzdłuż chodników. Pod kątem architektury interesująco robi się na Placu Stalina, bowiem całą wschodnią pierzeje zajmuje monumentalny gmach Ratusza. Co ciekawe, jeszcze do 2010 roku przed budynkiem Ratusza stał pomnik Stalina.

Park Stalina

Park Stalina zajmuje trójkątną działkę między jezdniami, gdzie można znaleźć wytchnienie pośród urządzonej zieleni i przysiąść przy fontannie. Tak właśnie uczyniliśmy, przy okazji przyglądając się mieszkańcom.

Muzeum Stalina i otoczenie

Wiele osób nie wyobraża sobie wizyty w Gori bez odwiedzin w Muzeum Stalina, a my owszem obejrzeliśmy obiekty z zewnątrz, odpuszczając zwiedzanie. Przed całkiem zgrabnym głównym gmachem muzeum stoi replika domu dyktatora. Otoczona kolumnadą i aluminiowym płotem (montowany akurat tego dnia, w którym zwiedzaliśmy Gori) jest dość słabo widoczny. Obok muzeum ustawiony jest wagon kolejowy, którym Józef Stalin podróżował po kraju, gdyż bał się latać samolotem. Przeszedłem się chodnikiem przy ulicy Kutaisi, gdzie zobaczyłem masę pamiątek z Gori z wizerunkiem dyktatora.

Smutna refleksja…

Takie miejsca przyciągają i niestety budzą ciekawość. Zdaje sobie sprawę, że większość osób przybywających do Gori robi to ze względu na to, by zobaczyć miejsce, w którym urodził się Józef Stalin. Warto sobie przypomnieć, kim był i co robił komunistyczny wódz, o jego zbrodniach i milionach zgładzonych istnień. Z tego co się dowiedziałem, w muzeum w Gori się o tym nie dowiecie.

…ale jest RADA!

Dlatego namawiam do zwiedzania Gori, ale tak jak my to zrobiliśmy. “Słynne” muzeum zostawiliśmy na koniec, ale i tak obejrzeliśmy je tylko z zewnątrz. Nie zależało mi na zwiedzeniu ekspozycji, a raczej obejrzeniu całej okolicy, w końcu to reprezentacyjna część Gori.

Zacznijcie zwiedzanie Gori od Twierdzy, przespacerujcie uliczkami, które zatrzymały się w czasie, poobserwujcie ludzi, zjedzcie coś dobrego, pójdźcie nad rzekę.

Gdzie zjedliśmy w Gori?

Apropos jedzenia, po zaplanowanej trasie zwiedzania, udaliśmy się do restauracji. Wyszukaliśmy restauracje “Shin da Gori”, kryjącą się w miejskich zaułkach i wyglądającą na zamkniętą, ale okazało się, że bez problemu nas obsłużono. W trakcie jedzenia do lokalu weszła kilkudziesięcioosobowa grupa osób, która zajęła większość przygotowanych stolików. Jak się okazało, byli to emeryci z Polski! Jeden ze starszych Panów bardzo dobrze znał się z miejscowymi, co stworzyło przemiłą atmosferę.

Marszrutek już nie było…

Powoli robiło się ciemno, udaliśmy się więc w kierunku dworca autobusowego, gdyż naszym celem było jeszcze tego samego dnia dojechać do Tbilisi. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy zobaczyliśmy pusty plac, żadnej marszrutki, a kiosk w którym sprzedawano bilety był zamknięty…

Całe szczęście znaleźliśmy transport do stolicy

Podszedł do nas taksówkarz i zaproponował, że za 80 lari zawiezie nas do stolicy. Początkowo odmówiliśmy i odeszliśmy kawałek dalej, więc podjechał ponownie i ponowił propozycje, ale już za 70 lari. My powiedzieliśmy, że 60, on 65… i na tym stanęło. 65 lari to jakieś 85 zł, a do przejechania mieliśmy 85 km, wychodzi więc 1 zł za 1 km. Z ciekawości sprawdziłem podobną trasę w Polsce – z Bydgoszczy do Piły (85 km) trzeba byłoby zapłacić 280 zł.

Zależało nam, aby dostać się do Tbilisi, gdyż mieliśmy tam zarezerwowany nocleg i gdybyśmy nie dojechali, pieniądze tak czy inaczej zniknęłyby z konta. Całe szczęście dotarliśmy do Tbilisi jakoś po 20:00, choć jazda była lekko mówiąc szalona. Zdumiewający jest też sposób w jaki jeździ się w korkach, ciągle zmieniając pasy bez kierunkowskazów i wciskając gdzie się da.

Późny wieczór w Tbilisi

Kierowca dowiózł nas do stacji “Didube” w Tbilisi, skąd metrem udaliśmy się do centrum miasta, do stacji “Rustaveli”. Od razu poczuliśmy DUŻE miasto, wszak około 1/3 całej populacji Gruzji, mieszka właśnie w stolicy. Tętniące życiem ulice, tysiące samochodów, mieniące się światłami domy i sklepy. Cudnie!

Od razu udaliśmy się do naszego noclegu, który mieści się przy ulicy Vasil Barnov. Ulica okazała się bardzo stroma! Na odcinku 250 metrów ponad 30 metrów w górę. Załatwiliśmy sprawę z pokojem, rozpakowaliśmy się i jeszcze tego dnia udaliśmy do sklepu, uzupełnić zapasy picia i zobaczyć co ciekawego można kupić. Ceny nas lekko zaszokowały w porównaniu do Kutaisi czy Gori, ale cóż, to stolica. Krótki, ale przepiękny wieczór w Tbilisi, zwiastował NIESAMOWITY następny dzień. I tak właśnie było.


Kilka (istotnych) słów na koniec

Gori polecam Wam odwiedzić ze względu na to, że poczujecie tam atmosferę Gruzji. Turystów niewielu, za to życie mieszkańców, ciekawe historie, postradziecki klimat i kilka pięknych miejsc. Zacznijcie od Twierdzy, przejdźcie uliczkami, skosztujcie czegoś z restauracji, zobaczcie okolice Dworca Kolejowego. Na koniec zostawcie miejsca związane z (nie)sławnym mieszkańcem Gori.

A tutaj możecie dobrowolnie wesprzeć mą działalność i pomóc rozwijać treści na blogu, stawiając mi kawkę ☕ Dziękuję!

Postaw kawę dla 7 zdjęć z Gdańska i Miejski Wojażer na buycoffee.to

Zachęcam również do zaglądania i śledzenia mnie na FB – Miejski Wojażer i IG – miejskiwojazer. Dziele się tam na bieżąco miejscami, które odwiedzam. Załączam zdjęcia, piszę na żywo z danego miejsca i dodaje relację.

Odkrywajcie Europę, pokazujcie innym i cieszcie się tym! Pozdrawiam, Cześć!

O autorze

Kamil Sulewski

Cześć moi drodzy!

Uwielbiam podróżować, zwiedzać, rozgryzać miasta i kraje, sprawdzać czym się różnią w zakresie architektonicznym i społecznym. Kocham miasta, jednakże nie zapominam o naturze, którą znajduje i w miastach i totalnie poza nimi.

Dodaj komentarz

Kamil Sulewski

Cześć moi drodzy!

Uwielbiam podróżować, zwiedzać, rozgryzać miasta i kraje, sprawdzać czym się różnią w zakresie architektonicznym i społecznym. Kocham miasta, jednakże nie zapominam o naturze, którą znajduje i w miastach i totalnie poza nimi.

Ostatnie wpisy

Archiwa